Wędruję. Odstawiam na chwilę onkologię. Za sprawą pewnej małej Księżniczki trafiam dwa piętra wyżej. Tymczasowa zmiana- w głowie już powrót ale dopiero z Księżniczką kiedy będzie gotowa na dalsze leczenie. Teraz jesteśmy razem i to się liczy :-) Oswajam nowy oddział, oswajam siebie. jak wiele tu samotności. Mali pacjenci często nie mają jeszcze roku. Wchodzę. Zaglądam do dyżurki pytam o Księżniczkę. "Sala 15" - odpowiada pielęgniarka. "Do końca i na prawo" Drzwi otwarte na oścież. Duża 4 osobowa sala z jednym wolnym łóżkiem. Na pozostałych 3 maleńkie istotki, trzy nowe życia, trzy nowe nadzieje. Siadam obok Księżniczki stęskniłam się strasznie, uśmiecha się chyba mnie poznała choć ma tylko kilka miesięcy. Przytulam jej rączkę i miarowo łapię oddech. Przytłoczyło mnie przytłoczyły puste krzesełka i wpatrzone w sufit oczka. Wiem ich bliscy często nie mają możliwości bycia przy nich. To także ich tragedia, ich dramat. Tak naprawdę towarzyszą im w każdej chwili towarzyszą sercami, dobrymi myślami, chcę w to wierzyć, wierzę. siedzę patrzę na wiercącą się w łóżeczku Księżniczkę. Pielęgniarka zakręca kranik biorę ją na ręce. Wtula się we mnie na monitorze widzę jak uspokaja się jej serduszko, zasypia, kilka minut później. Jest nam razem tak dobrze. Sielankę przerywa mleko. Pora kolacji :-) Najedzona Księżniczka gaworzy z zadowoleniem na podusi. Słucham jej słodziutkiego głosiku, słyszę jak obok K. płacze przez sen. Zostawiam na chwilę Księżniczkę, głaszcze go delikatnie po główce uspokaja się. Ciekawe o czym śnisz Malutki?
Po chwili słyszę płacz z łóżeczka obok. To D. Kruszynka jest taka maleńka, ze do głowy przychodzi mi określenie Calineczka. Podaję jej smoczek. Łapie mój palec. Jakby mówiła nie odchodź. Na powrót oddzywa się zniecierpliwiona Księżniczka. Kursuje między dysenfekatorem rąk, a łóżeczkami. Po kilku godzinach tutaj potrafię bez patrzenia rozróżnić kto z nich płacze. W końcu zasypiają wszyscy zasuwam szczebelki łóżeczka. Wychodzę. Już wiem, że wrócę. Po drodze mijam jednoosobową salę Dzidziuś w niej leżący płacze w niebo głosy. Biało zielona kołderka unosi się do góry poruszana fikającymi nóżkami. Boże ile tu łez. Tak bardzo chciałabym tam wejść wiem ze nie mogę nie zdążę na kolejny autobus. Wpadam na pielęgniarkę proszę ją żeby tam zajrzała obiecuje zrobić to za chwilę. Chcę wierzyć, że zajrzała. To chyba najdłuższa droga przez korytarz jaką kiedykolwiek szłam. Po prawej stronie sala noworodkowa. Z nazwy. Dzieci które tu leżą mają często kilka miesięcy. Mają swoje łóżeczka, ciuszki, butelki, diagnozy i karty. Ale często to dzieci bez imion. Przeraża mnie to. Imię nadaje tożsamość, konkretyzuje osobę.Wielu rodziców wybiera imię swojej Pociechy zanim ta zdąży jeszcze pojawić się na świecie. Dzieci z sali noworodkowej są tak samo konkretne, tak samo realne. Tak bardzo czekają na dotyk, na obecność, miłość.... i tak bardzo samotne są w tym czekaniu..
Wyjście. Zamykam drzwi. Wrócę, wrócę na pewno po weekendzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz