czwartek, 18 września 2014

Szymonek

Jest chłopiec uroczy czterolatek o niebieskich oczach. Kiedy widzimy się po raz ostatni nie chce mnie wypuścić z sali. Zaczepia mnie rzucając we mnie balonem. Próbuję wytłumaczyć mu, że autobus, że jest już późno i że muszę wracać do domu, próbuję umówić się na inny dzień. Wtedy dowiaduję się że to niemożliwe, bo chłopczyk kończy leczenie, wraca do zdrowia, do domku.

Mija około  półtora miesiąca. Zamieszanie w pracy skutecznie uniemożliwia mi odwiedziny na oddziale, wypadam z obiegu.

Niedzielny poranek. Otwieram laptopa. Przeżywam szok. Czytam wpis mamy Szymonka na jednym z portali. Wyłapuje pojedyncze słowa: hospicjum, kartki, listonosz. Niedowierzam. Potem wszystko toczy się błyskawicznie: ktoś zakłada wydarzenie, prosi o wysyłanie kartek do smyka. Udostępniam, zapraszam znajomych, piszę gdzie mogę.
Wydarzenie zaczyna żyć własnym życiem w ciągu godziny ma już pół tysiąca zadeklarowanych uczestników. Słodko- gorzka radość. Tyle możemy zrobić.

Marzy mi się cud dla Szymonka. Wierzę, że jest możliwy. Znam takie małe Cuda, które biegają gdzieś po swoich domach i żyją wbrew medycynie. Pan Bóg czasem ma swój plan.

Mimo tego nie rozumiem. Nie rozumiem podejścia niektórych osób.
Nieuleczalna choroba dziecka, ten którego kochasz gaśnie pomału na Twoich oczach, a Ty nie możesz nic z tym zrobić. Czy może być coś gorszego? Chyba nie.
Ile trzeba mieć siły żeby świadomie pozwolić innym patrzeć na to jak rozpada się Twój świat tylko po to żeby spełnić marzenie własnego dziecka? Jak bardzo trzeba je kochać? Jak trudno jest wtedy prosić obcych ludzi o pomoc? Nie wiem czy bym tak potrafiła, czy znalazłabym w sobie tyle siły ale to ostatnie to pytanie czysto hipotetyczne bo nie jestem jeszcze matką.

Ale w całokształcie nie mogę zrozumieć podejścia niektórych osób uporczywie proponujących kolejne sposoby terapii w sytuacji kiedy dwa posty wyżej czytam wpis rodziców że sprawdzili wszystkie metody leczenia konwencjonalne i niekonwencjonalne, że proszą żeby ich nie proponować bo to boli, bo czują się wtedy oceniani.

Nie rozumiem urządzanych w wydarzeniu dyskusji na temat istnienie Boga, kłótni i wzajemnego nazywania siebie naiwnymi z powodu wiary lub niewiary w Niego. Wierze w cuda. Wierzę, że ten cud może przydarzyć się też Szymonkowi, modle się o niego. Ale zdaję sobie sprawę, że może, a nie musi. Nigdy nie odważyłabym się napisać że na pewno zdarzy się cud bo dużo ludzi o niego prosi. Bo jeśli się nie zdarzy to co wtedy napiszę?
Czy rozczarowanie i złość na Boga nie będą wtedy jeszcze większe u najbliższych Szymonka? Czy jeszcze bardziej nie poczują się przez Niego rozczarowani, oszukani? I to nie będzie wtedy wina Boga tylko lekkomyślnych zapewnień - że NA PEWNO zdarzy się cud.

Nie rozumiem też tej ciągłej wymiany zdań w komentarzach na zasadzie: "ja na miejscu rodziców Szymonka zrobiłbym tak", "A ja na ich miejscu zrobiłbym tak" Przecież nikt z nas nie jest na ich miejscu! Łatwo jest wyobrażać coś sobie kiedy jest nam dobrze i bezpiecznie. Myślicie, że łatwo im było podjąć decyzję o oddaniu ukochanego dziecka pod opiekę hospicjum? Przecież to jest najprawdopodobniej najtrudniejsza decyzja w ich życiu.
Pomaganie polega na  uszanowaniu czyiś decyzji, przestrzeganiu granic, które ktoś postawił. Oczywiście ważne jest podejście twórcze i kreatywne ale wszystko na tyle na ile ta druga osoba chce a nie na tyle na ile ja chce, bo w innym przypadku realizuje siebie, a nie pomagam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz