poniedziałek, 6 stycznia 2014

Drobinka

Wchodzę tam tylko na chwile, przelotem/ przypadkiem. Kolejność dowolna. Poszukuje patyczków kosmetycznych, które posłużą nam zamiast pędzelków do malowania farbami. Dziękuję, zabieram, wychodzę. Nie nie wychodzę. Stop klatka. Nogi wrastają mi w podłogę. Przytulona do mamusiowej piersi maleńka Drobinka pije mleko. Nie chcę wychodzić. Ale patyczki, oni tam czekają z farbkami. "Ja tu jeszcze do Was zajrzę- rzucam na odchodne - Właśnie się zakochałam". 
Zanoszę patyczki, malujemy obrazki. Za sprawą Oli naszej wolontariuszki na plastikowych słomkach pojawiają się kukiełki rodziny dinozaurów, jak mówi B: "Przepięknej mamy i silnego taty"- dziecięce spostrzeżenia potrafią być zadziwiająco trafne. Zabawa rozkręca się na dobre. Ola wpada w jej wir, ja? Ja zatrzymuje się gdzieś na  krawędzi, tak naprawdę od pół godziny jestem zupełnie gdzieś indziej. 
Wychodzę zostawiam dinozaury. Wracam do Drobinki. 
A zatem poznajcie Drobinkę! Ma 5,5 miesiąca, prześliczne imię na M., do którego mam słabość i szczęście oraz magiczny uśmiech. Jak na prawdziwą kobietkę przystało Drobinka kokietuje tymi swoimi uśmiechami wszystkich dookoła i jest przy tym - to też kobieca cecha- bardzo rozgadana- gaworzeniu nie może być końca!
W sali panuje przyjemny półmrok. Wtapiam się w niego. Na przeciwko mnie Mama z Drobinką. Nieśmiało zaczynamy rozmawiać. Nie właściwie nie nieśmiało, nie ma tam nieśmiałości nie tym razem. Mam wrażenie że trafiłam w moment kiedy słów nazbierało się tyle że po prostu trzeba je komuś opowiedzieć. Nie mówię dużo raczej słucham, chłonę zabieram ze sobą opowieść o 2,5 miesiącach leczenia o 5 kolejnych diagnozach o trudnej wierze w to że ta piąta jest wreszcie tą trafną. choć tak bardzo chciałoby się ją wymazać. Słucham o rzeczach, wózku, które trzeba będzie sprzedać, bo w zaistniałej sytuacji już się nie przydadzą - Drobinka przecież cały czas rośnie. Słucham o braciszku, który czeka w domu, o Bogu, który jest Powiernikiem nadziei. 
Słyszę: strach, niepewność, słyszę rozpacz - choć nienazwane jednak są.
Słyszę i jedyne, co mogę to usłyszeć.
Opowiadam o Perełce. Pierwszy raz pozwalam sobie opowiedzieć o inny dziecku rodzicowi, którego droga tu dopiero się zaczyna. Właściwie nie wiem dlaczego to robię - po prostu ten moment wydaje mi się tym momentem kiedy mogę.
Opowiadam o małej uroczej dziewczynce, której świat po 6 miesiącach zostaje obrócony w gruzy za sprawą bezlitosnej diagnozy. O miłości, którą da się ocalić i która może ocalić, o 4 latce, która dziś biega do przedszkola z wypiekami na twarzy i z zapałem próbuje przymierzać mamusiowe kreacje przed lustrem i o cudach które naprawdę się zdarzają!

I już wiem - ta opowieść to była dobra decyzja! Obrazki z wtedy i teraz nakładają się na siebie: "przypadkiem"-  przelotem - do celu!

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz